Gimnazjum w Dębowcu we wspomnieniach
W 2007r. w wydawnictwie „My
Book” ukazało się pośmiertne wydanie książki Jana Radożyckiego „ Aby o
nich nie zapomniano”.
Autor
urodził się 22.11.1911r. w Bukowsku pod Sanokiem, zmarł w Warszawie
19.07.2003r. Był żołnierzem AK, nauczycielem gimnazjalnym, redaktorem
wydawanego w czasie wojny przez obwód sanocki AK tygodnika, następnie
prezesem sanockiego Stronnictwa Narodowego oraz wieloletnim więźniem
stalinowskim.
Znany
później jako tłumacz dzieł autorów starożytnych, w szczególności
Flawiusza, oraz nowożytnych – Johna Briht’a czy Mirelle Hades- Lebel.
W cytowanej wyżej pozycji zawarł rozdział
zatytułowany „ W Gimnazjum w Dębowcu”,
który brzmi w interesujących nas fragmentach następująco:
Jak już
wspomniałem wyżej, całą dalszą naukę po zakończeniu szkoły podstawowej
aż do studiów uniwersyteckich włącznie zawdzięczam wujowi, który
zadbał i opłacił moją edukację po opuszczeniu przeze mnie szkoły w
Bukowsku. Przed wojną do szkoły średniej przyjmowano uczniów ,
którzy ukończyli cztery klasy szkoły powszechnej, ja jednak spóźniłem
się o rok, gdyż wuj, zdawszy sobie sprawę, ile godzin nauki szkolnej
straciłem, uznał, że dobrze byłoby, gdyby jeszcze przedtem skończył
klasę piątą.
Szkołą, którą wuj wybrał dla mnie w 1923 roku, było Gimnazjum Ojców
Saletynów w Dębowcu. Wuj pełnił niegdyś przez pewien czas funkcje
wikariusza przy tamtejszej parafii i utrzymywał z tamtejszymi
zakonnikami jak najlepsze stosunki ( chodzi o księdza
Jana Stawarczyka, żyjącego w latach 1887 – 1944, pochodzącego z
Bukowska, wikarego w Dębowcu od 1916r. do 1918r, późniejszego
prof. Uniwersytetu Warszawskiego, semitystę, kierownika seminarium
filologii biblijnej, wykładowcę języka hebrajskiego i aramejskiego na
Wydziale Teologii Katolickiej UW ). W jego zamiarach
pobyt w tej szkole, gdzie moi rówieśnicy pochodzili z podobnego jak ja
środowiska społecznego, miał mnie przygotować do dalszej nauki w
jednej z najlepszych i bardzo ekskluzywnych szkół średnich w
ówczesnej Polsce – Zakładzie Jezuitów w Chyrowie. (…..) Zakupili (
Saletyni) dwór w Dębowcu i wybudowali murowany
dwupiętrowy dom oraz kaplicę Matki Boskiej. W tym właśnie budynku na
pierwszym piętrze mieściło się gimnazjum, w którym kształcono chłopców
na przyszłych członków zgromadzenia.
Aby zostać
przyjętym do tej szkoły, należało zdać egzamin wstępny. W tym
celu w lipcu musiałem udać się do Dębowca, gdzie poddano mnie
ustnemu i pisemnemu egzaminami z zakresu czterech klas szkoły
podstawowej. Nigdy nie zapomnę tej mojej pierwszej w życiu podróży
koleją do Jasła, pod opieką matki, która też po raz pierwszy w
życiu jechała pociągiem i trzymała mnie nerwowo blisko siebie, nie
pozwalając mi się zbliżyć do okna z obawy, abym nie wypadł.
Wysiedliśmy w Jaśle i aby dostać się do Dębowca, musieliśmy
jeszcze przebyć pieszo około 12 kilometrów w wielkim upale, jaki w tym
dniu panował. Było tak gorąco, że dostałem nawet krwotoku z nosa. Na
szczęście znajdowaliśmy się w pobliżu Wisłoki, w której mogliśmy się
obmyć i ochłodzić. Po skromnym posiłku nad rzeką ruszyliśmy w dalszą
drogę. Pamiętam do dziś piękne wyniosłe topole, które rosły u
bram posesji księży Saletynów. Zostaliśmy przez nich bardzo serdecznie
przyjęci. Umieszczono nas w pokoju gościnnym, gdzie wypoczęliśmy i
spędziliśmy noc. Na drugi dzień, po egzaminie, który zdałem z
pozytywnym wynikiem, powiadomiono nas, że zostałem przyjęty i że przed 1
września mam się stawić w szkole, wyposażony w bieliznę pościelową i
osobistą. Gdy nadszedł ten dzień , matka z ojczymem postanowili odwieźć
mnie tym razem furmanką, zaprzężoną w jednego konia, droga wiodącą do
Dębowca przez Rymanów, Krosno i Jasło. Podróż ta bardzo się wlokła.
Wyjechaliśmy o świcie, a w Dębowcu znaleźliśmy się dopiero pod wieczór.
Od razu przyjęli mnie zakonnicy i umieścili wśród moich przyszłych
kolegów. (…..).
Szkoła w Dębowcu była skromna. Brakowało wielu
potrzebnych pomocy naukowych i sprzętu do nauki fizyki i biologii, a
także odpowiedniej biblioteki. Trudno się zresztą temu dziwić: wszak
działo się kilka lat po odzyskaniu niepodległości, a zarazem kilka lat
po wojnie. Natomiast obsada nauczycielska była dość dobra. Łaciny i
greki – przedmiotów szczególnie przeze mnie ulubionych – uczył ks.
Stanisław Zawisza, języka francuskiego i geografii – ks. Franciszek
Dantin / Francuz z pochodzenia/, matematyki – prof. Władysław Trzeciak,
języka polskiego – ks. Stanisław Kociuba. Brakowało natomiast dobrych
wykładowców do chemii / do czego wrócę/ i historii.
Opłata za szkołę i internat
wynosiła rocznie 300 złotych. Nie było to wiele, zwłaszcza że gimnazjum
zapewniało też podręczniki i przybory szkolne. Sale wykładowe znajdowały
się na parterze, sypialnie zaś – na odpowiednio przystosowanym
poddaszu. Wyżywienie było skromne, ale wystarczające. Przed i po
posiłkach udawaliśmy się do kaplicy na modlitwę. Program nauczania był
tak ułożony, abyśmy mieli tez czas na odmówienie modlitwy na Anioł
Pański. W niedzielę dochodziło jeszcze uczestnictwo we mszy świętej i
nieszporach. Po śniadaniu kaplicy odmawialiśmy psalm Miserere mei Deus. Dzień nasz był więc
przeładowany modlitwami i uczestnictwem w obrzędach religijnych, lecz w
pewnym stopniu równoważyły je liczne ćwiczenia gimnastyczne, różne gry i
zabawy na świeżym powietrzu oraz wycieczki po okolicy. W zimie zaś
jeździliśmy na łyżwach po zamarzniętej Wisłoce.
Budynek z kaplica stał u
wejścia do urokliwego ogrodu, w którym później zbudowano piękny kościół
(….) Po przeciwległej stronie znajdowały się budynki gospodarcze, a
naprzeciw wejścia, w głębi dziedzińca, mieścił się dawny dwór,
przystosowany do nowej roli, to znaczy kształcenia i wychowania uczniów,
przygotowujących się poświęceń kapłańskich w Przemyślu.
Metody wychowawcze były dość
surowe. Za różne wykroczenia karano klęczeniem przez kilka godzin na
korytarzu lub, w szczególnych przypadkach, w kaplicy przed balaskami.
Nie zezwalano też nieposłusznym uczniom na wyjazd do domu na Święta
Wielkanocne.
Mimo przeładowania modlitwą i
nabożeństwami, spędzone w Dębowcu lata wspominam bardzo miło.
Profesorowie był ludźmi bardzo życzliwymi, a Dantin, mimo stosowania
rózgi, wszystkich rozbrajał swoim humorem. (….) Zwykle, gdy chciał
uspokoić rozbrykaną w czasie swojej nieobecności klasę ( pełnił też funkcje ekonoma), tego i owego lekko
„poczęstował” rózgą. Pewnego razu, gdy uderzając nią po kolei zbliżył
się do mnie, ja schowałem się pod ławkę i rózga trafiła w kałamarz.
Atrament rozlał się na podłogę. Bardzo go to rozłościło i dostałem
wówczas dość mocne cięgi. Lubił mnie jednak, gdyż wyróżniałem się w
nauce francuskiego i geografii Polski i Francji. Zwykł był mawiać, że powinniśmy
bardzo dobrze znać geografię Polski, bo to nasza ojczyzna, oraz
Francji – bo to jego ojczyzna. W ciągu 5 lat spędzonych w Dębowcu
nauczyłem się dość dobrze mówić i pisać po francuski, bo Dantin był
wymagającym nauczycielem i dużo mówił w tym języku. Bardzo dobrym
nauczycielem świeckim był też matematyk, prof. Trzeciak, absolwent
Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Był świetnym wykładowcą i miał
duże zdolności dydaktyczne, ale dawał się wciągać w różne rozmowy, nie
wiążące się z przedmiotem, i w rezultacie byliśmy pod koniec nauki
spóźnieni niemal o rok w realizacji programu.
Nie pamiętam już, czego nas
uczył ks. Salomon Schalbetter ( pochodzący ze Szwajcarii), ale
zapamiętałem jego dowcip odnoszący się do nazwiska jednego na naszych
kolegów, Kiełtyki: „Jedno od dzika, drugie od chmielu, kto to jest,
zgadnij przyjacielu”. Bardzo lubiłem lekcje języka polskiego, które
prowadził ks. Kociuba. Umiał on budzić zainteresowanie literaturą i
pogłębianiem znajomości ojczystego języka, tępiąc przy tym błędy
gramatyczne i ortograficzne. M. in. kładł duży nacisk na interpunkcję.
Rozbrajający był ks. Stanisław Zajchowski, który przybył z wojska
niedługo po zawarciu pokoju ( 1921) i kazano mu
uczyć chemii oraz prowadzić gimnastykę. O ile to ostatnie zadanie
spełniał znakomicie, to do nauczania chemii był zupełnie
nieprzygotowany. Oświadczył nam na pierwszej lekcji, że z chemii wie
akurat tyle co my i że będziemy się uczyć razem. A nauka polegała na
głośnym czytaniu ( przeważnie przeze mnie ) tekstu podręcznika (….)
Przypominam sobie, jak w czasie jednej z pierwszych lekcji natknęliśmy
się na wzór chemiczny wody i wspólnie z profesorem zastanawialiśmy się,
co może oznaczać napisana nieco niżej dwójka! Rezultat takiej nauki
musiał być mierny.
W Dębowcu byłem najlepszym
uczniem (……) Gdy przyjeżdżał generał zgromadzenia z Francji , to właśnie
mnie wyznaczano, bym go obsługiwał, ze względu na dobrą znajomość
języka francuskiego. (….) Gdy po obiedzie i po kolacji odnosiłem do
kuchni półmiski i naczynia, przy tej okazji sam podjadałem konfitury,
zaś pozostawione kotlety zabierałem, zawijałem w papierowa serwetkę i
chowałem do kieszeni z myślą o kolegach. (….)
Niekiedy zawieszano naukę na
dzień lub dwa i zatrudniano nas przy robotach w polu, a mianowicie
przy sadzeniu i wykopkach ziemniaków. W Dębowcu ukończyłem pięć klas z
ośmioletniego gimnazjum. W sumie muszę powiedzieć, ze wiele zawdzięczam
nauczycielom i wychowawcom tej szkoły. To oni rozbudzili moje
zainteresowania literatura polską, językami greckim i łacińskim, kultura
klasyczną i w pewnym sensie już wtedy kierunek moich przyszłych
zamiłowań i studiów. Opuszczałem Dębowiec z dużym żalem.
(…..)
Przejście z Dębowca do
prywatnego Zakładu Ojców Jezuitów w Bąkowicach pod Chynowem nie było
dla mnie łatwe. Przykra niespodzianka spotkała mnie już na początku.
Okazało się, ze gimnazjum dębowieckie nie miało praw państwowych. (…..)
Musiałem więc zdać wstępny egzamin ze wszystkich przedmiotów. Wynik
tego egzaminu był dla mnie, najlepszego ucznia w Dębowcu, wielkim
rozczarowaniem. Obok bowiem przedmiotów ocenionych jako bardzo dobre –
języki klasyczne i język polski – stwierdzono duże luki z historii i
matematyki, a także całkowity brak znajomości języka niemieckiego, który
w gimnazjum chyrowskim był obowiązkowy.
Tyle wspomnienia. Wyłania się z nich
duch tamtych lat. Powracają postaci przeszłych nauczycieli, którzy –
mimo krytycznych uwag o szkole – wywarli trwałe piętno na przyszłym
losie autora. / a.d./ |